Strona używa plików cookies więcej

Felietony

Bogusław Bednarek: Klubie, wróć!

Pomieszczenie, w którym często i chętnie gościłem, przydające wdzięku i dostojeństwa gmachowi głównemu Uniwersytetu Wrocławskiego, warte jest pieśni rapsoda. Wystarczy spojrzeć na sklepienie z lunetami, uświetnione namalowanym przez Schefflera freskiem, wystarczy ogarnąć intelektem utrwalone w sztukateriach symbole, żeby oddalić się od szarzyzny istnienia. Brzmi to dość pompatycznie, ale harmonizuje z odczuciami wielu osób – pisze dr hab. Bogusław Bednarek.

fot. Dominika Hull

Klub Uniwersytecki, bo o nim mowa, jest miejscem, które wspominam z sentymentem. Tam właśnie Piotr Lis, polonista i filmolog, rozdawał „akademickim bidulom” panierowane kurze skrzydełka, tam Eugeniusz Get-Stankiewicz, znakomity grafik, snuł rozważania o pięknie wozów drabiniastych, tam Igor Przegrodzki, teatralny do szpiku kości, rozbawiał słuchaczy, analizując frazę: „Usuwam wszystkich w cień”. A Marianna Bocian, ekscentryczna poetka? Kiedy przed laty wkraczała do klubu, paląc papierosa w długiej, czarnej lufce i epatując kapeluszem z szerokim rondem, nikt nie wątpił, że zbliża się gwiazda wrocławskiej bohemy. Pamiętam, jak ciekawie wychwalała kropki na pancerzykach biedronek i sardonicznie komentowała następujący fragment Snu Juliana Przybosia: „kudły łona wytrzebił z rozkoszy”. Zdaniem Herberta Myśliwca, wybitnego łacinnika, który przysłuchiwał się jej wywodom, współcześni pisarze postępują niewłaściwie, lekceważąc trafną sugestię autora Listu do Pizonów. Mądry Horacy stwierdził bowiem, że utwór literacki powinien być dziewięć lat szlifowany, zanim trafi do rąk czytelników. Gdyby Przyboś respektował ową zasadę, nie paplałby głupot o kimś, kto „kudły łona wytrzebił z rozkoszy”. Marianna tak zareagowała na miniwykład Myśliwca: „Moje łono wyschłoby z głodu, jeślibym dziewięć lat cackała się z jakimś wierszydłem!”.

Do grona miłośników klubu należał Wacław Bagiński, sędziwy gawędziarz. Po przekroczeniu osiemdziesiątego roku życia przestał zajmować się metaloplastyką i podjął trud wydawania ksią- żek. Opublikował Niedolę Nibelungów w translacji Ludomiła Germana, Gabinet wróżek w opracowaniu Ryszarda Waksmunda, Bajki Babci Gąski Charlesa Perraulta etc. Cenił oszczędność („Lepsze jest ukąszenie skorpiona od klęski finansowej”), ale w pewnym okolicznościach potrafił sypnąć mamoną. Co wyzwoliło jego hojność? Otóż współtworzyłem niegdyś telewizyjne „Labirynty kultury”, reżyserowane przez Marcina Bradke. Zaplanowaliśmy odcinek pt. Koniec świata i zrodziła się potrzeba skaptowania dobrego aktora, który z ekspresją wyrecytuje katastroficzne ustępy Apokalipsy św. Jana i Starszej Eddy, nordyckiego eposu. Poprosiliśmy więc o pomoc Andrzeja Wojaczka. Wyraził zgodę i zjawił się w Klubie Uniwersyteckim, żeby przedyskutować parę kwestii związanych z Końcem świata. Towarzyszył mu Czesio Cyran, który dawniej wykonywał ważne czynności techniczne podczas ekranizacji Rękopisu znalezionego w Saragosssie Jana Potockiego. Rozmowa rychło przeobraziła się w „koncert anegdot” o Zbigniewie Cybulskim, Wojciechu Hasie, Leonie Niemczyku i innych celebrytach. Pan Bagiński był tak oczarowany zalewem olśniewających informacji, że nie tylko zafundował nam kotlety, usmażone przez arcymiłą Marię Józefowską, lecz również zaprosił całą trójkę, tzn. Cyrana, Wojaczka i mnie, do kawiarni „Pod Kalamburem”, gdzie degustowaliśmy wyborne likwory.

W Klubie Uniwersyteckim z upodobaniem rezydował profesor Józef Dudek, matematyk i animator kultury. Godzinami analizował, ceremonialnie i ostentacyjnie, zawartość swoich notatek, w których były umieszczone nazwiska i numery telefonów setek ludzi. Efekty owych dociekań zapisywał na karteczkach, skrupulatnie gromadzonych i układanych według przemyślanego klucza. Po co to robił? Otóż ustalał listy uczestników spotkań w Salonie Profesora Dudka. Przecież inne osoby „nadawały się” do spotkania z hierarchą kościelnym, a inne – z jakimś libertynem… Oczywiście, nawet Salomon nie zdołałby wszystkich uszczęśliwić. Dudek wiedział, że krążą żale i pretensje: „Jestem taki atrakcyjny, a nie zostałem zaproszony”.

Zdawałem niegdyś egzamin z historii Polski u prof. Władysława Czaplińskiego. To był fascynujący człowiek! Odznaczał się zarówno niezmierną erudycją, jak i wyjątkowym talentem językowo-stylistycznym. Jego wykłady, inkrustowane cytatami literackimi, biły rekordy popularności. Zachwycająco opowiadał o sarmackich obyczajach, potopie szwedzkim, hakownicach i kolumbrynach, halabardach i rapierach. Gdzie mogłem z nim po latach pokonwersować? W klubie. Pamiętam też zajmującą dysputę o kryteriach naukowości, którą toczyli dwaj profesorowie – Jan Klamut i Wojciech Wrzesiński. Gdzie mogłem delektować się wytaczanymi przez nich argumentami? W klubie. Dodam, iż popełniłbym nietakt, gdybym pominął Jakuba (Kubę) Kostowskiego, historyka sztuki, i Romka Kozieła, wytrawnego geografa. Gdzie roztrząsaliśmy wspólnie liczne problemy, zespalając powagę z błazenadą i solidność z lekkomyślnością? W klubie.

Onego czasu Klub Uniwersytecki tętnił życiem, pełnił funkcję spolegliwej, oswojonej przestrzeni. Można w nim było coś skonsumować, wypić kawę i herbatę, przygotować się do akademickich zajęć, odpocząć po ćwiczeniach i wykładach, porozmawiać ze znajomymi, poznać nowych ludzi. W miejscu tym, jakże nastrojowym i nobliwym, organizowano podoktoratowe i pohabilitacyjne imprezy, a emerytowani pracownicy uczelni mogli dzielić się smutkami i radościami. Teraz jest pusto i cicho… Oby pozytywne moce reaktywowały Klub Uniwersytecki!

dr hab. Bogusław Bednarek, Instytut Filologii Polskiej

Dodane przez: Kamilla Jasińska

10 Sty 2017

ostatnia modyfikacja: 30 Sty 2017