Strona używa plików cookies więcej

Ludzie / Nauka

Bogusław Pawłowski: Gdyby szympans umiał mówić…

Z prof. dr hab. Bogusławem Pawłowskim, kierownikiem Katedry Biologii Człowieka Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, laureatem 12. edycji konkursu „Popularyzator Nauki”, rozmawiamy m.in. o telewizyjnym programie „Ślub od pierwszego wejrzenia”, prawach zwierząt i inteligentnym projekcie.

Na zdjęciu Bogusław Pawłowski.
Fot. Marcin Fajfruk/UWr/CC BY-NC 2.0

Czy tytuł Popularyzatora Nauki roku wpłynął na Pańską atrakcyjność? Notowania u płci przeciwnej poszły w górę?

 (śmiech) To nie jest Oscar, ani Złoty Glob. To nagroda przyznawana ludziom lub instytucjom propagującym naukę, a ta, niestety, nie cieszy się aż takim powszechnym zainteresowaniem jak film czy literatura. Gdybym jednak miał tę kwestię rozważać jako teoretyk, to faktycznie, różne typy uhonorowań, uznanie przez daną społeczność ponadprzeciętnych walorów i związana z tym nagroda, mogą podwyższać poziom atrakcyjności mężczyzny w oczach kobiet. To normalne, że ludzie, którzy mają jakieś dokonania zawodowe czy zdolności – to mogą być artyści, naukowcy, przedsiębiorcy – z reguły są postrzegani jako bardziej atrakcyjni potencjalni partnerzy od tych, którzy nie wykraczają  ponad przeciętność. Ale w tym konkretnym przypadku oczywiście nie wiąże się to…

…z tabunami fanek?

– Tak. Muzycy, malarze, aktorzy, politycy – to wszystko osoby publiczne. Wręczenie nagrody w konkursie na Popularyzatora Nauki było dość skromne, odbyło się w ograniczonym gronie zaproszonych laureatów i kapituły w budynku Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Nie miało medialnego nagłośnienia jak konkurs na przedsiębiorcę roku, Telekamery czy Miss Polonia.

My czekaliśmy na wyniki od rana!

(śmiech) Oczywiście – zainteresowane instytucje oraz sami nominowani byli ciekawi wyników. Ale to jednak stosunkowo niszowa impreza.

Jak prawie wszystko, co związane z nauką. Ale występy w telewizji – już niekoniecznie. Czy one też mogą działać jak afrodyzjak?

– Pewnie tak, jeśli ktoś w telewizji pokazuje się częściej. Ale to zależy w dużym stopniu od kategorii wiekowej, od cech natury społeczno-demograficznej. Zainteresowanie aktorem – zwłaszcza w stanie wolnym – jest duże. W moim przypadku – naukowca w takim, a nie innym, wieku, ze stabilną sytuacją rodzinną –  mogę liczyć na trochę większy szacunek, dodatkowe uznanie dla umiejętności, wiedzy.

Popularność jest jednym z atrybutów, ale czy można nią kompensować brak „klasycznych” wyznaczników atrakcyjności, takich jak – powiedzmy – duży wzrost czy przyjemny zapach?

– Do pewnego stopnia tak. Jeżeli ktoś jest popularny, zakładamy, że został doceniony przez jakieś gremium, że jest ekspertem w jakiejś dziedzinie, ma jakieś zdolności (co nie znaczy, że nie ma dziś celebrytów, którzy znani są tylko z tego, że są znani). W związku z tym pojawia się, jak to określają psycholodzy, „efekt aureoli”. Wydaje nam się, że ta osoba jest świetna również w innych rolach życiowych.

Tak jak mówi się o statusie społeczno-ekonomicznym, tak możemy mówić o statusie popularności, który też wydaje się być dla wielu afrodyzjakiem. Jak pokazują badania, działa on jednak silniej na kobiety. Groupies, na przykład, które darzą bezgranicznym podziwem muzyków, i pewnie byłyby w stanie dla nich zrobić niemal wszystko, to głównie przedstawicielki płci pięknej. Rzadko zdarza się, żeby tabuny facetów goniły za popularną kobietą. Oczywiście mamy pin-up girls, są plakaty z aktorkami – ale mężczyznom sam obrazek wystarczy. Na nich bardziej działa uroda czy zapach kobiety niż jej status czy popularność.

Dlaczego zdecydował się Pan na udział w programie „Ślub od pierwszego wejrzenia”?

– Z początku miałem wątpliwości. Nie wiedziałem, jaką formułę przyjmie program, ale kilkukrotnie przekonywano mnie, że będzie on miał charakter dokumentalno-naukowy. Pomyślałem, że za jego pośrednictwem można będzie z pewną wiedzą dotrzeć do grona szerszego, niż ma to miejsce w przypadku artykułów popularnonaukowych, które czyta garstka ludzi. Tego typu produkcje oglądają także ci, którzy nie czytają w ogóle, ci, którzy nie mają pojęcia o różnych procesach biologicznych. Element popularyzacji – wąskiej co prawda, ale jednak – części wiedzy, którą posiadam, był bardzo istotny.

Drugą kwestią były względy etyczne, człowiek zawsze się nad nimi zastanawia. Nikt jednak uczestników programu nie krzywdził. Sami się zgłosili, mieli problemy ze znalezieniem partnera albo partnerki – szukali pomocy. Jako naukowiec uznałem, że byłoby dobrze sprawdzić teorie, dotychczasowe wyniki badań naukowych, na parach, które rzeczywiście istnieją. Wiemy przecież mniej więcej, jak ludzie się kojarzą pod względem pewnych cech. Oczywiście nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć tego na 100 proc., ale są pewne korelacje, które potrafimy ustalić. Doszedłem do wniosku, że byłoby interesująco zweryfikować w praktyce, czy działają.

I tu przechodzimy do trzeciego argumentu: pomyślałem sobie, że może uda się uszczęśliwić dwoje ludzi. Sami uczestnicy nie potrafili tego osiągnąć, a byli zdeterminowani, bo przecież zgłosili się do takiego, a nie innego, programu. Pomyślałem: warto pomóc komuś, może się uda.

Zostać naukową swatką?

– Wie pan, moja rola była w programie najmniejsza. Jako antropolog nawet nie przeprowadziłem rozmów z tymi osobami. Nie sprawdzałem, o czym myślą, jakie mają typy osobowości, jaki mają temperament, współczynnik inteligencji. Te kwestie powinni zbadać i ocenić inni eksperci obecni w programie. Ja wiem na przykład, że w społeczeństwach zachodnich mężczyzna z reguły jest wyższy od kobiety. Wiem, że poziom atrakcyjności fizycznej partnerów jest zazwyczaj podobny. No więc pewne cechy mogę rozważać i na tej podstawie nieco zwiększyć prawdopodobieństwo powodzenia próby skojarzenia partnerów do związku długoterminowego. Nie nazwałbym się jednak swatką. Dokonałem drobnej ekspertyzy morfologicznej, analizy budowy ciała – sprawdziliśmy też preferencje zapachowe. Potem główne role odgrywali psycholog i seksuolog.

Wspomniał Pan o dylematach natury etycznej, które na pewnym etapie się pojawiały. Czy już po podjęciu decyzji o udziale w programie odczuwał Pan ciężar odpowiedzialności za losy uczestników?

– Gdyby to miłość romantyczna była najbardziej istotnym spoiwem, warunkującym długoletnie pożycie małżeńskie, to pewnie nie wziąłbym udziału w tym programie. Z punktu widzenia zarówno współczesnych, jak i historycznych, danych międzykulturowych tak jednak nie jest. Oczywiście dziś w społeczeństwach zachodnich mamy apoteozę miłości romantycznej – ale ta wcale nie jest gwarantem stabilności w związkach. Gdyby tak było, to w społeczeństwach, w których jest to główne kryterium wiązania się kobiety i mężczyzny, nie powinno być tak wielu rozstań czy rozwodów. Tymczasem małżeństwa aranżowane, także – kiedyś – w naszym społeczeństwie, były dość powszechne i co więcej, działały. Nie twierdzę oczywiście, że były idealne, bo często przypominały drogę przez mękę, zwłaszcza w przypadku kobiet źle traktowanych przez swych małżonków.

Jeżeli ktoś ma jednak wątpliwości, wydaje mu się, że bez miłości nie można stworzyć trwałego związku, niech rozejrzy się dookoła. Ludzie dobierają się sami, sami podejmują decyzje w oparciu o,   powiedzmy, „chemię miłości”. I ile jest osób samotnych? Ile osób po miesiącu, dwóch, trzech zmienia partnera? Dlaczego mamy ponad 30 proc. rozwodów, a w niektórych krajach nawet ponad 50 proc.? To pokazuje, że mechanizm dobierania się par w oparciu o „miłosne zauroczenie” wcale nie gwarantuje monogamicznej relacji aż po grób. Miłość romantyczna oczywiście jest ważna, szczególnie na początku relacji między partnerami. Bywa bardzo silnym, emocjonalnym, fascynującym przeżyciem. Ale służy głównie temu, żeby partnerzy skupili się na sobie, i temu, aby zwiększyć intensywność kontaktów seksualnych między nimi –  a zatem zwiększyć prawdopodobieństwo poczęcia dziecka. Miłosny amok trwa z reguły klika, kilkanaście miesięcy i rzadko dłużej niż 2-3 lata. Potem to spoiwo przestaje być najważniejsze. Obawiam się, że nie ma eksperta, który byłby w stanie zagwarantować zaistnienie „miłosnej chemii” między dwojgiem ludzi. Skoro jednak to nie jest jedyne spoiwo – a w przypadku związków długoterminowych chyba też nie najważniejsze – to nie musimy być skazani na niepowodzenie w tym eksperymencie i nie skazujemy ludzi na bezsensowną katorgę. Jak już powiedziałem, uczestnikami programu były osoby, którym w kwestiach relacji damsko-męskich nie powiodło się. Skoro sami podejmowali złe wybory, to trudno się dziwić, że postanowili zaufać ekspertom. Przed nami pojawił się jednak potężny problem. Bo kto zgłasza się do programu?

Osoby samotne?

– Zgadza się, ale sama samotność w tym społecznym eksperymencie nie była problemem, bo mogły się zgłaszać tylko takie osoby. Problem tkwi w tym, że to byli głównie ludzie, którzy z jakichś powodów nie potrafili pozostać w dłuższym związku, a zatem osoby, które albo mają zbyt wysokie oczekiwania wobec partnera czy partnerki, albo same są z jakiegoś powodu niezbyt atrakcyjne dla płci przeciwnej.  Przykładowo, jeżeli do programu zgłaszają się panie, które mają bardzo wygórowane oczekiwania, a biorący w nim udział panowie nie cieszą się powodzeniem, to mamy do czynienia z bardzo dużym rozziewem. Zadanie ekspertów – wiem to po pierwszej edycji programu – jest naprawdę bardzo trudne.

Czy według Pana telewizyjny eksperyment był udany? Można w ogóle oceniać go w takich kategoriach?

– Wielokrotnie powtarzałem – pozostali eksperci chyba się ze mną zgadzali – że jeżeli jedna para przetrwa, odniesiemy sukces. Zważywszy na to, że mieliśmy bardzo ograniczoną grupę ludzi do wyboru, z dzisiejszej perspektywy uważam, że było to zadanie niemal niewykonalne. Eksperyment stricte naukowy tego typu byłby OK, gdybyśmy mieli do dyspozycji grupę losowo wybranych 100 młodych mężczyzn oraz podobnie dużą grupę losowo wybranych młodych kobiet. Wtedy prawdopodobieństwo, że dobierzemy trzy pary, które będą w miarę dobrze rokować, byłoby duże. Takiego eksperymentu z losowo wybranymi uczestnikami programu oczywiście nie da się przeprowadzić.

„Ślub od pierwszego wejrzenia” nie jest pierwszym przedsięwzięciem z Pańskim udziałem, które wywołało kontrowersje. Jest wręcz Pan z nimi kojarzony, bo chętnie sięga – choćby ostatnio, w ramach „Kija w mrowisku”, nowego cyklu wykładów w Instytucie Psychologii – po takie tematy jak poligamia albo homoseksualizm czy ateizm. Czy dzięki kontrowersjom łatwiej jest zainteresować potencjalnych odbiorców wiedzy? Czy to celowy zabieg?

– Dlaczego te tematy są kontrowersyjne?

Dla mnie to też nie do końca zrozumiałe – ale są.

– Otóż są to tematy kontrowersyjne, bo dotyczą ludzkich zachowań i preferencji oraz międzyludzkich interakcji, a te mają wiele społecznych czy kulturowych obwarowań, które nie zawsze uwzględniają biologiczne uwarunkowania ludzkiej natury. Chyba bardziej niż Homo sapiens, jesteśmy Homo societas. Interakcje są dla nas bardzo ważne, bez względu na ich kontekst, którym może być seksualność, kooperacja, altruizm itd. Niewiele wiemy natomiast na temat biologii tych kwestii. Właściwie czasem nawet się ją maskuje, żeby uzyskać pewien efekt społeczny, kulturowy czy ideologiczny. Dlatego każdy biolog, który będzie o takich rzeczach mówił z punktu widzenia wiedzy ewolucjonisty, będzie pewnie wzbudzał kontrowersje.

Tymczasem wiek XXI jest wiekiem biologii, tak jak XX wiek był wiekiem fizyki. Biolodzy coraz intensywniej zajmują się ludzkim behawiorem i jego społecznymi aspektami, czyli dziedziną bardzo zdominowaną do niedawna przez nauki społeczne i humanistyczne. Biologia ewolucyjna, genetyka człowieka czy neurobiologia mają coraz większy udział w zrozumieniu ludzkiej natury. Biolodzy pokazują na przykład, że to, co dzieje się tu i teraz w naszej populacji, jest tylko jednym z możliwych wariantów ludzkich zachowań czy preferencji, że pewne mechanizmy odpowiedzialne za zachowania człowieka wykształciły się w naszej ewolucyjnej przeszłości, a kultura jest tylko pewną „nakładką”. Taki punkt widzenia  wywołuje duży opór tych, którzy uważają, że wpływ na zachowanie człowieka ma wyłącznie wychowanie. No cóż, takimi właśnie – skłaniającymi do polemiki – tematami są zainteresowani dziennikarze i dlatego częściej zadają mi pytania związane z tymi kwestiami.  Najczęściej zatem to nie ja poruszam kontrowersyjne tematy. Robię to, bo takie jest zapotrzebowanie społeczne. Czasami jednak, jeśli wzburzają mnie jakieś dalekie od naukowej prawdy wypowiedzi – a te mogą dotyczyć np. podłoża orientacji seksualnej czy niedawnej wypowiedzi jednego z biskupów na temat prawdopodobieństwa zajścia w ciążę po gwałcie – to staram się reagować.

Innym tematem, który Pan podejmuje, są prawa zwierząt. Wielu ludzi zżyma się na porównywanie człowieka z innymi zwierzętami. Czy w społecznym odczuciu jest to wciąż temat tabu?

– Tak, tak! Kluczowe jest tu sformułowanie: „z innymi zwierzętami”. Z reguły bowiem w Polsce mawia się „człowiek” i „zwierzęta” – tak jakby człowiek nie był podzbiorem tej drugiej kategorii. To jest nie tylko bolesne, ale przy poziomie eksploatacji naszej planety, też bardzo szkodliwe. W naszym –  judeochrześcijańskim – kręgu cywilizacyjnym poziom antropocentryzmu przekroczył wszelkie granice. „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. „Człowiek miarą wszystkich rzeczy”. Planetę, całą biosferę wokół nas traktujemy jak coś, co niby ma nam służyć, bo tak mówi ideologia. To na to dziś trzeba się zżymać, a nie na fakt, że człowiek też jest zwierzęciem! Przydałoby się nam trochę gatunkowej pokory. W tego typu kwestiach też zresztą zabieram głos. Omawianie procesów związanych z religią, refleksja nad tym, dlaczego człowiek jest religijny, dlaczego wielu ludzi zostaje fanatykami – interesuję się tym, bo to jeden z ważnych aspektów ludzkiego behawioru.

Rozmawia Pan z ateistą, weganinem i w ogóle odszczepieńcem…

(śmiech)

…który z przyjemnością słucha naukowca mówiącego głośno o takich sprawach. Wbrew pozorom nie wszyscy uczeni mają otwarte umysły.

– Różnie to bywa. W popularnonaukowej książce „Nagi umysł” (jej współautorem jest Tomasz Ulanowski – red.) cały rozdział poświęciłem religijności. Piszę tam między innymi o tym, że gdyby szympans umiał mówić, to też byłby religijny.

Są już zresztą potwierdzające to wstępnie badania.

– Zaobserwowano przejawy symbolicznych aktów – tak.

No więc po ubiegłorocznej premierze książki, redaktor Terlikowski na łamach „Frondy” wyzwał mnie od różnych takich. Ale chyba osiągnął odwrotny efekt. Podobno jak pan Terlikowski powie o kimś coś złego, to dla wielu jest to równoznaczne z faktem, że ten ktoś ma coś interesującego do powiedzenia. Krytyka redaktora Terlikowskiego może być zatem niezłą reklamą. (śmiech)

Tak jak nie obawia się Pan tematów „ryzykownych”, pomijanych przez niektórych naukowców, tak nie boi się też Pan pokazywać w różnych przestrzeniach medialnych. Wywiady z Panem ukazywały się m.in. w „Playboyu” i „CKM-ie”.

– Wie pan, ludzie, którzy pracują na uczelniach publicznych, dostają pieniądze publiczne, prowadzą badania finansowane głównie za pieniądze podatników, są zobowiązani do udzielania informacji. Jeżeli dzwonią do mnie dziennikarze i zadają pytania, na które jestem w stanie udzielić odpowiedzi, to nie rozumiem, dlaczego mam ich unikać. Nie jesteśmy zamkniętą korporacją, która żywi się swoimi środkami, i może robić, co chce. Oczywiście, są pewnie takie media, w których z różnych powodów bym może nie wystąpił – ale na szczęście do tej pory się do mnie nie zwracały.

Dziwię się niektórym naukowcom. Powinni popularyzować wiedzę – a tego nie robią. To jest dla mnie szokujące. Jeżeli uczony w ciągu kilku lat pracy, dysponując już wynikami swoich badań, nie stworzy choćby jednego projektu popularnonaukowego, powinien dostać punkty karne.

Jak Pan, ewolucjonista, ocenia odwrotny trend: lekceważenie odkryć naukowych i promowanie w szkołach – nie tylko amerykańskich, jak się okazuje, bo i u nas pojawiają się pierwsze do tego przymiarki  – „alternatywnych teorii”, np. o inteligentnym projekcie?

– Byłem członkiem Komitetu Biologii Ewolucyjnej i Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk, teraz jestem członkiem Komitetu Biologii Środowiskowo i Ewolucyjnej – i muszę przyznać, że wraz z kolegami patrzymy na to z niepokojem. Ten trend w Stanach wciąż się utrzymuje. W Europie jest słabszy, ale powoli zaczyna rosnąć w siłę.

Zawsze z dystansem podchodziliśmy do „niedouczonego” społeczeństwa amerykańskiego, kiedy dowiadywaliśmy się, że tam ponad 50 proc. obywateli myśli, że pierwotni ludzie żyli w tym samym czasie co dinozaury, a 50-60 proc. absolutnie nie wierzy w ewolucję – przy czym, jak wiemy, nie jest to kwestia wiary, tylko fakt (sprzeczać się można o mechanizmy ewolucji, ale nie da się zaprzeczyć jej istnienia). Ostatnie badania w Polsce pokazują jednak, że u nas wcale nie jest już pod tym względem dużo lepiej. To jest zapewne kwestia powszechnej edukacji, ale winić po części można też naukowców, właśnie tych, którzy zamykają się w swoich skorupach i swoim wąskim naukowym światku.

Co ciekawe – poruszał Pan zresztą już kiedyś ten temat – osoby negujące ewolucję paradoksalnie przejawiają zachowania bardziej ewolucyjne.

– Powiedziałbym raczej: zachowują się zgodnie z biologicznymi priorytetami, czyli zwiększają swój biologiczny fitness. Na przykład mają więcej dzieci i w mniejszym stopniu nakierowane są na własny życiowy komfort. Jeśli taki trend się utrzyma, to możemy spodziewać się w przyszłości innego rozkładu pewnych cech osobowości w populacji. Oczywiście nie będzie to kwestia najbliższych 5-10 lat, ale w skali kilku generacji kształt niektórych społeczeństw może się zmienić. Nie chcę iść za bardzo w stronę polityki, ale mamy przecież problem demokracji – wspomniane zmiany będą miały swe odzwierciedlenie w wyborach społecznych. Chyba powoli obniża się już średni współczynnik inteligencji w niektórych zachodnich społeczeństwach. Badania prowadzone na podstawie danych z kilkudziesięciu lat w Islandii pokazują, że zmniejsza się też chęć edukacji. Coraz gorzej jest z ciekawością świata, z dążeniem do naukowego zrozumienia mechanizmów w nim funkcjonujących.

We wspomnianej wcześniej książce „Nagi umysł” porusza Pan m.in. kwestię przemocy, agresji. Wielu z nas wydaje się, że żyjemy w cywilizowanym, bardzo rozwiniętym świecie, mamy XXI wiek, niesamowite osiągnięcia technologiczne. Natomiast, jak się okazuje – widać to także w ostatnich latach i miesiącach w Polsce – wciąż bardzo łatwo wywołać w nas agresję. Wydaje się, że przemoc wokół narasta. Dlaczego?

– Agresja, jak pięknie to w swojej książce nazwał Konrad Lorenz, to „tak zwane zło”. To nieodłączny atrybut wielu organizmów żywych, które nierzadko muszą walczyć o swoje. To jest element przetrwania. Organizmy, które w ogóle nie mają w sobie agresji, w sytuacji krytycznej nie będą walczyć o pokarm, nie będą walczyć o swoje potomstwo, nie będą walczyć o partnera – są skazane na zagładę. Oczywiście nasilenie tej agresji w sytuacji, kiedy nie ma ku niej powodu, może mieć charakter patologiczny, i takie przypadki się zdarzają – oby jak najrzadziej.

A nie odnosi Pan wrażenia, że politycy – choćby ostatnio, nie tylko w naszym kraju – wykorzystują tę łatwość wywołania agresji?

– Nie jestem przekonany, czy jakikolwiek polityk ma takie intencje.

Można to zauważyć w ich wypowiedziach, bardzo nacechowanych emocjonalnie.

– Właśnie! Emocjonalnie! Wydaje mi się, a przynajmniej mam taką nadzieję, że żaden polityk nie chce zwiększać poziomu agresji. Nie – oni po prostu czasami szczerze, choć może niechcący, wyrażają swoje poglądy na niektóre sprawy i jak każdemu człowiekowi będącemu pod wpływem emocji, zdarza im się wyrazić swoją myśl w sposób mało dyplomatyczny, zwłaszcza jeśli ma to miejsce w otoczeniu ludzi, którzy myślą tak samo.

Faktycznie możemy natomiast odnosić wrażenie, że poziom agresji generalnie wzrasta. Bo o czym mówią media? Nie o tym, że 100 tys. ludzi żyje w spokoju, tylko o jednym przypadku gwałtu, jednym zabójstwie czy pięciu przypadkach pobicia. Od razu wydaje nam się, że świat jest zły. Ale nikt nie waży proporcji. Gdyby to robiono, okazałoby się, że świat jest obecnie o wiele bardziej bezpieczny niż kiedyś. Śmieję się, kiedy różni ludzie biją na alarm – czy to politycy, czy osoby duchowne, które mówią: „Ojejku, nadchodzi apokalipsa, co to się dzieje z tą ludzkością!”. Oni nie mają pojęcia, jak wyglądała ludzkość jeszcze w niedalekiej, historycznej przeszłości. Jak ludzie ginęli, jak się zabijali. My teraz żyjemy bardzo komfortowo, niemal jak w raju! Oczywiście pomijam kwestię smogu.

Z niedawno opublikowanych wyników eksperymentu, który przeprowadził Pan wspólnie z teoretykiem literatury Wojciechem Małeckim i psychologiem Piotrem Sorokowskim, wynika, że uczucia wywołane przez opis literacki – tu konkretnie przez fragment prozy Marka Krajewskiego o znęcaniu się nad cyrkową małpką – mogą zmienić nasz światopogląd. To dowód na to, że warto podawać wiedzę w sposób przystępny i angażujący emocjonalnie?

– My tylko potwierdziliśmy naukowo działanie znanych od dawna mechanizmów. Wszystkie formy literackie zmieniają postawy, bo pozwalają spojrzeć na różne zjawiska, sytuacje z innej perspektywy. Czytanie nie służy tylko temu, żeby zdobywać wiedzę. Zwiększa bogactwo doświadczeń, podwyższa poziom empatii, ułatwia zyskanie pewnej świadomości, a przez to – przynajmniej w teorii – umożliwia lepsze funkcjonowanie.

W tym przypadku kwestią, którą badaliśmy, było podejście do zwierząt, traktowanych w naszym judeochrześcijańskim kręgu cywilizacyjnym niezwykle przedmiotowo. A przecież one też mają swoje emocje, odczucia, tak jak my doświadczają bólu – jest coraz więcej danych na ten temat. W trakcie eksperymentu okazało się, że ten sposób narracji, krótki passus o okrutnej postawie wobec zwierzęcia, zadziałał. Oczywiście nie mamy żadnej gwarancji, że zmieni to postawy uczestników eksperymentu do końca życia, ale coś tam w głowie jednak zostanie.

Literacka narracja wydaje się bardziej skuteczna od sposobu, w jaki tradycyjnie dzielą się wiedzą naukowcy. Działa lepiej niż wykład profesora, który próbuje wytłumaczyć ludziom, że zwierzę potrzebuje – na przykład – większej przestrzeni życiowej, bo kiedy jej nie ma, cierpi podobnie jak my. Dlatego przy popularyzowaniu wiedzy czasami warto zacząć od wzbudzenia u odbiorcy emocji, a dopiero potem podać szczegółowe informacje.

Rozmawiał Michał Raińczuk

Fot. (główne) Humphrey King/Flickr/CC BY-SA 2.0

Powyższy artykuł może być kopiowany i rozpowszechniany w ramach licencji CC BY 2.0.


Bogusław Pawłowski Popularyzatorem Nauki 2016

Prof. dr hab. Bogusław Pawłowski, kierownik Katedry Biologii Człowieka Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, wygrał 12. edycję konkursu „Popularyzator Nauki”. Organizatorami prestiżowego konkursu są serwis PAP – Nauka w Polsce oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Laureatem mogą zostać osoby lub instytucje, które „pomagają innym lepiej zrozumieć świat i potrafią zainteresować osiągnięciami naukowymi”. Od tego roku rywalizacja przebiega w pięciu kategoriach: naukowiec, animator, zespół, instytucja oraz media. Wśród dotychczasowych laureatów konkursu są m.in. współtwórczyni Warszawskiego Festiwalu Nauki prof. Magdalena Fikus, Centrum Nauki Kopernik, filozof przyrody ks. prof. Michał Heller, autor telewizyjnych programów popularnonaukowych red. Wiktor Niedzicki oraz archeolog prof. Andrzej Kokowski. Jak pisze serwis PAP – Nauka w Polsce: „Bogusław Pawłowski zajmuje się głównie ewolucją człowieka, z akcentem na biologiczne uwarunkowania ludzkich zachowań, psychologię ewolucyjną i ekologię behawioralną człowieka. A to oznacza, że przedmiot jego zainteresowań dotyka nie tylko ewolucji człowieka, ale i praktycznie wszystkich dziedzin naszego zachowania, psychologii i życia społecznego. Można ryzykować stwierdzenie, że na polu popularyzacji prof. Pawłowski jest weteranem. Udziela wywiadów naukowych (w tym – dla pism zagranicznych, jak ‚New Scientist’, ‚Die Weltwoche’, ‚Sunday Time’, ‚L’Unione Sarda’) i pisze artykuły popularnonaukowe. Publikuje zarówno w pismach poświęconych nauce (takich jak np. ‚Wiedza i Życie’, ‚Focus’ czy ‚National Geographic’), jak i w czasopismach typu ‚Dziecko’ czy ‚Twój Styl'”.

Dodane przez: Michał Raińczuk

6 Lut 2017

ostatnia modyfikacja: 5 Mar 2017